Powrót do:   Utwory
Józef Patkowski – guru polskiej muzyki elektroakustycznej

Perypatetycy i mole

W powszechnym i wcale nie fałszywym przekonaniu muzykolog to mól biblioteczny. Jego życie polega przede wszystkim na czytaniu, studiowaniu i analizowaniu w celu pisania, wykładania i publikowania. Od innych naukowców różni się na dobrą sprawę jedynie przedmiotem zainteresowania, czyli dziedziną, którą uprawia. Owo „jedynie” nie jest jednak jedynie „jedynie”, bo ono jest aż „aż”. Czytanie muzykologa bowiem jest czytaniem nie tylko czyichś rozpraw, ale też partytur muzycznych, studiowanie zaś nie tylko słuchaniem czyichś głoszonych na konferencjach referatów, ale i utworów muzycznych. Zawodowe słuchanie muzykologa jest słuchaniem krytycznym, a formułowanie przezeń na podstawie m.in. owego słuchania, słuchania w kontekście, diagnoz i wniosków zazwyczaj staje się uprawianiem krytyki muzycznej. Tak czy inaczej o randze i znaczeniu muzykologa świadczy w powszechnym i wcale nie fałszywym przekonaniu „dorobek”, a ten mierzony jest liczbą i jakością publikacji.


Kilka lat temu na muzykologicznej konferencji, która odbyła się w krakowskiej Akademii Muzycznej, miał swe wystąpienie Krzysztof Bilica, muzykolog o tyle niestandardowy, że choć encyklopedysta, to przecież jednocześnie lubiący w swych referatach sypać kalamburami, lubujący się w formie felietonu i uprawiający też literaturę piękną. Podzielił więc wtedy polskich muzykologów na Platonów i Sokratesów, to jest na tych, co nauczają, piszą i publikują, oraz tych, co nic nie piszą, za to chodzą i gadają. Oddał sprawiedliwość i hołd tym pierwszym, wspomniał przecież też o wspaniałych, godnych uwiecznienia pomysłach tych drugich.


To oczywiste, że ów podział nie jest sztywny, bywa więc, że i Sokrates siądzie do komputera, i Platon pobiegnie na agorę. Owa różnica jednak ujawnia się bardzo mocno, gdy czyjeś twórcze intensywne życie się kończy. Kończy się i na półce stoją jakieś książki, jakieś liczne nadbitki tekstów publikowanych w zbiorowych księgach sympozjów i konferencji, jakieś periodyki i czasopisma z rozproszonymi esejami, z których można by skompilować kolejne książki. Bywa przecież i tak, że czyjeś bardzo twórcze i niezwykle intensywne życie się kończy, a wydaje się, że tej półki po prostu nie ma. Tak się wydaje...


Zmarły 26 października [2005 r. – red.] Józef Patkowski, muzykolog, zostawił po sobie raptem garść tekstów popularyzujących nową muzykę na wybranych przykładach, zazwyczaj będących zapisem jego wcześniejszych audycji radiowych. Warto byłoby zapewne sięgnąć do radiowych archiwów i spisać z taśm jego kolejne teksty, stylistykę mówioną przerabiając na stylistykę pisaną, i zebrać w jednym, niezbyt obszernym gabarytowo tomie. I w naturalny sposób ma się uczucie żalu: – jakże tego mało... W kilku nekrologach pojawiła się informacja, że zmarł „kompozytor”. Hm, nigdy się nie miał za kompozytora. Istotnie, w latach sześćdziesiątych wypróbował to instrumentarium, którego w Polsce był twórcą, instrumentarium studia elektroakustycznego, by stworzyć ilustracje dźwiękowe do kilku filmów krótkometrażowych i spektakli teatralnych. By praktycznie poeksperymentować w tej dziedzinie, której tak intensywnie oddał się jako jej teoretyk i organizator jej społecznego i artystycznego oddziaływania nie tylko w Polsce.


Gdy po długim i znojnym żywocie odchodzi Platon, żal nam, że na naszej półce nie pojawi się już jego następny tekst, mamy ją przecież obficie zaopatrzoną i wiemy, że można ku niej dłoń wyciągnąć. Gdy odchodzi Sokrates, sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana, a rozterka tym większa, że już nie można pójść tam, gdzie można by się spotkać, chodzić i „gadać”. Szuka się więc owej półki nie na regale z książkami, ale na regale naszej wyobraźni i pamięci.


Józef Patkowski nie był kompozytorem. Gdy myślimy o blisko półwieczu festiwalu Warszawska Jesień, myślimy o kompozytorach, ich utworach i muzykach, którzy je na tym festiwalu wykonali. Na to jednak, jak ma ten festiwal brzmieć, czyimi utworami i w jakich wykonaniach, Patkowski miał wpływ niemal od początku (od trzeciej edycji festiwalu w 1959 roku) do dziś (do roku 2000 w Komisji Repertuarowej, do końca w pracach Fundacji Przyjaciół Warszawskiej Jesieni). Jeśliby się z historii tego festiwalu „wyjęło” nazwisko Patkowskiego, ów w naszej wyobraźni „regał” pod nazwą „Warszawska Jesień” by się rozsypał. Nie stworzył żadnego utworu elektronicznego. Gdyby jednak z historii muzyki elektroakustycznej wyjąć nazwisko Patkowskiego, cały ten „regał”... – jak wyżej. Nie był ani agentem, ani w dzisiejszym tego słowa rozumieniu promotorem polskich kompozytorów, ale gdyby nazwisko Patkowskiego wyjąć z historii kompozytorskich karier trzech kolejnych generacji polskich twórców, historia ta zostałaby zafałszowana przez przemilczenie i zaniechanie. Można by tu mnożyć owe liczne półki, przywoływać te różne res factae, które jednak zostały przez Józefa Patkowskiego, perypatetyka, przepełnione. I należy zapamiętać, gdzie są.

Andrzej Chłopecki (felieton z „Gazety Wyborczej” z 12 listopada 2005, wg: Andrzej Chłopecki Dziennik ucha. Słuchane na ostro, PWM, Kraków 2013, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013) 

Loading...